Z rozbitego szkła

     Minęło już kilka lat od czasu, kiedy kamień rozbił szybę w finale litewskiej realizacji Krystiana Lupy. Z reguły unikam przeprowadzania takich analogii. Plac Bohaterów z Litewskiego Narodowego Teatru Dramatycznego, jakkolwiek wybitny, nie powinien stanowić wiążącego punktu odniesienia względem następnych realizacji tego dramatu; każde widowisko traktuję jako zjawisko osobne, wymagające własnej interpretacji, skrupulatnego pochylenia się nad jego strukturą. Ale Lupowy kamień to – nomen omen – również kamień węgielny dla dalszych wystawień Placu Bohaterów w Polsce, więc warto o nim wspomnieć – choćby po to, by postawić zdecydowaną krechę między wileńską, polityczno-metafizyczną optyką a spektaklem Grzegorza Wiśniewskiego.

     Plac Bohaterów jest krnąbrnym dzieckiem współpracy Thomasa Bernharda z Clausem Peymannem – jedynym reżyserem, któremu kontrowersyjny autor był w stanie zaufać. Sztuka została zamówiona na stulecie funkcjonowania Burgtheater w siedzibie przy wiedeńskim Ringu oraz na pięćdziesięciolecie wkroczenia Hitlera na tytułowy Heldenplatz celem ogłoszenia anschlussu Austrii do Rzeszy Niemieckiej. Co więcej, dramat zapisał się w świadomości jako łabędzi śpiew Bernharda, stworzony wszak niedługo przed jego przedwczesną śmiercią. Stąd przywykło się traktować Heldenplatz jako rzecz szczególną – przesyconą goryczą, pozbawioną jakichkolwiek okruchów poetyckiej subtelności, z wizerunkiem Austrii jako kloaczanego dołu, pamfletu skierowanego w społeczeństwo niedorosłe do odrobienia lekcji historii i wpisania się w rozrachunkowy dyskurs. Z drugiej strony warto uważać na nieodrodną zgrywę autora; Bernhard, lubujący się w podtrzymywaniu wizerunku enfant terrible literacko-teatralnej sceny, kreował osobistą mitologię, mieszając ślady prawdy z odpadami tworzonej fikcji i mamiąc rosnące rzesze fanów czy nawet – wyznawców. Pisarz, skądinąd czerpiący wielką uciechę z kreowania siebie na radykalnego mizogina i antyintelektualistę, włączał czytelnika w podchody, w których gracz był zobligowany do wytropienia granicy między rzeczywistym osądem a zmyśleniem podszytym emfazą.

Add a comment

Czytaj więcej: Z rozbitego szkła

Czy wierzysz w chmury?

            W finale na proscenium wychodzi jedna z małoletnich aktorek, która przytacza paraboliczną opowieść zaczerpniętą z pewnego filmu. Bohaterami przypowieści są teatralne marionetki; ta bardziej doświadczona opowiada podopiecznej o zjawisku zwanym chmurami. Niedotykalne, niemieszczące się w rejestrach wyobraźni „chmury” stają się idée fixe młodej marionety. Strop teatralnego gmachu uniemożliwia jednak empiryczne poznanie wyśnionej osobliwości.
           W następstwie niefortunnych zdarzeń kukły trafiają na wysypisko śmieci – gruzowisko dawnego porządku. Tam, już jako sfatygowane pałuby z powykręcanymi kończynami, mogą do woli cieszyć się widokiem legendarnych chmur. „Teatr to gra marionetek, tylko że z ludźmi” – pada w pewnym momencie z ust dziecięcego wykonawcy. I dalej: „myślę, że nigdy nie jest się zupełnie wolnym”. Zdumiewające, że słowa wypowiedziane przez tak młode osoby mogą zawierać w sobie gnomiczny potencjał. Ale każdy może odnaleźć w tej myśli jednostkową prawdę. Jest to moment, w którym należy poluzować wysłużone wędzidło rozumu i zdać się na odbiorczą intuicję.
          Chmury to chaotyczne skupisko substancji, ciężkie od wilgoci; w spektaklu jako symbol nabierają niewiarygodnej gęstości znaczeń. Oglądać chmury – to doświadczyć czegoś, co do tej pory sytuowało się poza granicami poznania. Nieskrępowana ograniczeniami obserwacja jest jednak możliwa dopiero po opuszczeniu murów instytucji zwanej teatrem. Być może błądzę, nie wykluczam, że twórcy zaprojektowali inną ścieżkę interpretacji. Spektakl Milo Raua mieni się jednak tyloma odcieniami znaczeń, że trudno władać wysiłek w tropienie jedynej słusznej wykładni.

Add a comment

Czytaj więcej: Czy wierzysz w chmury?

Back to Top